Vappu, czyli obchody 1 maja w Finlandii

Gdy powiedziałam Dorszowi oraz kilku innym osobom, że mam zamiar się dziś wybrać na zanurzanie studentów w wodzie w centrum Tampere, zareagowali zdziwieniem i totalnym niezrozumieniem. Po co oglądać jakichś studenciaków wrzucanych do wody?! Dobre pytanie… Ale po kolei.

 

CZYM JEST VAPPU?

Vappu to nic innego jak święto powitania wiosny. Tak, wiosny, bo tutaj wiosna jeszcze na dobre się nie zaczęła. Podczas gdy w Polsce już od dawna wszystkie ulice i parki kwitną, tutaj tylko co poniektóre drzewa wypuściły pierwsze pąki. Wciąż jest więc dość szaro i buro, ale przynajmniej słońce zaszczyca nas swoją obecnością o wiele częściej niż zimą (podczas 3 pierwszych miesięcy miałam w sumie może z tydzień słonecznych dni…).

Ze względu na to, że 1 maja jest również Świętem Pracy, większość sklepów jest zamknięta (co oznacza zero alkoholu, jeśli nie pomyślało się o tym wczoraj) , a przeważająca ilość ludzi ma wolne (czyli podobnie jak w Polsce).

Więc jak Finowie świętują tak radosny dzień? Oczywiście z mnóstwem alkoholu, ale nie tylko: na ulice wychodzą całe rodziny. Tradycją jest, że tego dnia każde dziecko dostaje balon napełniony helem (im większy tym lepszy); większość ludzi zaopatruje się także w długie niczym sznurowadła żelki. Oprócz tego, ulice są pełne studentów ubranych w czapki przypominające czapki marynarzy (ylioppilas lakki), które każdy otrzymuje po ukończeniu liceum. Pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie to, że w tychże czapkach paradowali również dorośli a nawet starsi ludzie!

OTRZĘSINY

Swoje pierwsze Vappu postanowiłam spędzić z koleżankami i ESN FINT (organizacją dla studentów z wymiany). Zazwyczaj nie lubię ‚stadnego’ świętowania, ale skusiły mnie darmowe przekąski obiecane w opisie wydarzenia 🙂 Jak się okazało, przybyłyśmy jako pierwsze. Dziewczyny z ESN’u rozłożyły wielki koc, więc wygodnie usadowiłyśmy się na trawce w  Koskipuisto, czyli parku znajdującym się w samym centrum Tampere, nieopodal kanałku łączącego dwa jeziora.

444

 ESN’owy liseł. Podobno ostro skacowany po ostatniej imprezie. Żadna mu się nie oprze.

Vappu to nie tylko święto wiosny i pracy, ale również święto studentów. Z tego powodu większość z nich wychodzi na ulice ubrana w specjalne kombinezony (każdy ozdabiany naszywkami wedle własnych upodobań; im więcej tym lepiej) oraz wspomniane wcześniej czapki.

333

 Wspomniane wyżej kombinezony. Z jakiegoś powodu Finowie uwielbiają je nosić nie tylko 1 maja, ale również na imprezy czy na co dzień na uczelnię.  Legenda głosi, że można wyglądać w nich ponętnie.

Czas mijał przyjemnie – objadałam się darmowymi czipsami i żelkami (zaraz, zaraz, czy ja napisałam CZIPSAMI I ŻELKAMI? Chodziło mi oczywiście o brokuły i sałatę…), słonko przypiekało, a wokoło krążyły urocze dziewczęta rozdające darmowe salmiaki (któż nie uwielbia słonych cukierków). Wszyscy czekali jednak na gwóźdź programu, czyli zanurzanie studentów!

Jest to unikatowa tradycja charakterystyczna dla Tampere – każdego roku studenci pierwszego roku uczelni technicznej TUT ustawiają się w ogromnej kolejce, po to by dobrowolnie wejść do wielkich pontonowych pudeł, a następnie zostać zanurzonymi w lodowatej wodzie przez specjalny dźwig. Podczas tego wydarzenia w parku i okolicach zbierają się żądni rozrywki i pisków Finowie, którzy z uciechą popijają szampana (w kieliszkach!) i zajadają się ciasteczkami.

555

Ok, tym razem zrobiłam najgorsze zdjęcia jakie się tylko dało. Ale jak się przyjrzycie, to po środku zdjęcia można dostrzec biały ‚kosz’, w którym wprost do wody opuszczani są studenci.

222

W oczekiwaniu na zanurzenie. Przedstawiciele granatowej frakcji kombinezonowej.

111

Tu nieco wyraźniej widać gotowe do działania dźwigi ( po prawej).

Muszę przyznać, że bardzo podobało mi się obserwowanie tych biedaków, którzy byli skazani na zimną kąpiel. Jeśli kiedyś znajdziecie się w Tampere w maju nie przegapcie tego wydarzenia – warto. Chociażby dla samych darmowych przekąsek 😉

Reklamy

Wyprawa do Laponii, czyli opowieść nie tylko o Świętym Mikołaju. część 1

Trudno mi w to uwierzyć, ale najbardziej przeze mnie wyczekiwana wycieczka podczas mojej Erasmusowej przygody jest już za mną. Chociaż na początku miałam duże wątpliwości, czy wydanie ponad 2000 zł za 6 dniową wycieczkę jest dobrym pomysłem, to w końcu się przemogłam i nie żałuję! Mogę teraz z pełną odpowiedzialnością polecić taką wyprawę każdemu, kto postanowi odwiedzić Finlandię.

Podobnie jak moi pozostali znajomi, zdecydowałam się na wykupienie wycieczki z biura Timetravels, które oferuje zniżnki dla członków studenckiej organizacji ESN. Wprawdzie ta ulga wynosiła tylko 18 euro, ale uważam, że był to dobry wybór – członkami naszego wyjazdu byli tylko i wyłącznie studenci, z czego większość z nich znałam już osobiście lub z widzenia. Zero staruchów, podejrzanie wyglądających wąsatych panów po czterdziestce i starych panien ze skłonnościami do długich kiecek przypominających zasłony. Idealnie.

Nie będę oszukiwać, podróż była uciążliwa. Opuściliśmy Tampere o 2:00 w nocy. My – stadko zaspanych ludzi przypominających zombi, dzielnie dzierżących w dłoniach poduszki do spania. O dziwo, nikt nawet nie próbował rozpocząć autokarowej imprezy. Wszyscy zasnęli niedługo po tym jak autokar opuścił parking. Wszyscy, łącznie ze mną.

Gdy obudziłam się około 5:00 nad ranem, moim oczom ukazał się wspaniały widok. Za oknem właśnie szalała zamieć śnieżna, a gdzieś pomiędzy kolejnymi zaspami znajdowały się przepiękne, najczęściej czerwone domki w skandynawskim stylu. To, co zwróciło moją uwagę to fakt, iż większość z tych domów jest parterowa i stosunkowo niska. Większość małych gospodarstw składa się z domku głównego, garażu, budy dla psa oraz czegoś, co wyglądało na składzik, ale było o połowę niższe od mieszkalnego domu. Wszystkie te zabudowania były wybudowane w tym samym stylu, dzięki czemu okolica wyglądała po prostu pięknie. W Finlandii nie panuje taka architektoniczna różnorodność jak w Polsce – wszystkie zabudowania stanowią harmoniczną całość. Zdecydowanie właściciele tych okropnych, różowych, pokrytych styropianem domków powinni się od Finów wiele nauczyć…

Pierwszym przystankiem na naszej trasie była wioska Świętego Mikołaja znajdująca się w miejscowości Rovaniemi, która jest stolicą fińskiej Laponii.

1

 Normalnie nie poszłabym w kierunku wskazanym przez brodatego starca, który podejrzanie się uśmiecha… Ale tym razem razem zrobiłam wyjątek.

 Pamiętam, że gdy byłam małą dziewczynką (i nie miałam pojęcia, że wiele lat później stanę się Dorszą), marzyłam o napisaniu listu do prawdziwego Świętego Mikołaja. Usłyszałam kiedyś w telewizji, że ten mieszka gdzieś daleko na północy w jakiejś Laponii i przez długi czas wydawało mi się, że Laponia to oddzielne państwo należące do Świętego. Ostatecznie zawsze kończyło się na tym, że napisany przez siebie list przyczepiałam do szyby w swoim pokoju, a Mikołaj i tak jakimś cudem był w stanie go przeczytać i najczęściej dostarczał mi wszystkie wymarzone prezenty … 😉

Wioska Świętego Mikołaja zaskoczyła mnie swoją wielkością. Na całość składa się wiele budynków, na których zwiedzanie mieliśmy nieco ponad 2 godziny. Oczywiście wszystkich najbardziej ciekawiło jak wygląda prawdziwy Mikołaj! Aby do niego dotrzeć, musieliśmy najpierw przejść przez długi korytarz pełen świątecznych zwyczajów z całego świata (niestety Polski nie było, ale pojawiła się za to Islandia!). Gdy w końcu udało nam się dotrzeć do brodatego człowieka z czerwonym wdzianku, okazało się, że zdjęcie z nim kosztuje.. 50 euro (niezależnie od liczby znajdującej się na nim osób, więc koszta można spokojnie podzielić między zainteresowanych). Na szczęście chwilę później okazało się, że gdy wykonamy zdjęcie swoim aparatem bądź telefonem, to będzie ono darmowe. I tak oto…

11019472_1012378778790427_9184372940912357889_n

 Ja i Mikołaj patrzymy się w prawo, podczas gdy wszystkie Niemki patrzą się przed siebie. Przypadek? Nie sądzę.

Pan Mikołaj okazał się bardzo miłym gościem znającym wiele języków. O dziwo, nie wydawał z siebie słynnego ‚ho ho ho’. Wiedziałam, że Amerykanom nie można ufać.

Po „zaliczeniu” głównej atrakcji postanowiłam zwiedzić resztę wioski. Ku mojemu rozczarowaniu, większość budynków stanowiły niezliczone sklepy z pamiątkami (myślę, że jest ich tam spokojnie z 10) oraz kawiarnie (co akurat jest dobrym pomysłem). Większość pamiątek była tak horrendalnie droga, że mogłam tylko cieszyć nimi oczy. Okazało się, że Święty Mikołaj ma nie tylko własną edycję czekolady, ale również kolekcję kapci.

3

Obowiązkowe przebranie każdego z pracowników wioski. Muszę przyznać, że ma to swój urok.

Najbardziej spodobała mi się poczta Świętego Mikołaja. Niesamowity wybór świątecznych pocztówek i bożonarodzeniowych dekoracji (tak, pokusiłam się o choinkową zawieszkę 🙂 ) sprawił, że zatęskniłam za atmosferą Świąt znaną mi z dzieciństwa.

4

Skrzynka na listy mające dotrzeć tuż przed Bożym Narodzeniem 2015. Fantastyczny pomysł na niespodziankę dla najbliższych!

2

Okazało się, że w mikołajowych statystykach Polska zajmuje 3cie miejsce. Oczywiście nie omieszkałam przeczytać to na głos i zaśmiać się z Niemek stojących obok mnie.

Wioska Świętego Mikołaja to nie tylko miejsce, w którym możemy spotkać brodatego pana rozdającego prezenty. To również miejsce, w którym możemy przekroczyć północne koło podbiegunowe! Niestety całkowicie się zagapiłam i nie zrobiłam sobie zdjęcia, na którym jestem w dwóch miejscach jednocześnie (czyli przed i za kołem). Widać nie jestem typową turystką…

5

Pan Bałwan.

W całej wiosce z głośników sączyły się świąteczne melodie. Na szczęście nie były one zbyt głośne, więc idealnie wtopiły się w atmosferę tego miejsca. Mimo wszystko uważam, że o wiele lepiej byłoby odwiedzić wioskę w okresie bożonarodzeniowym (aczkolwiek podejrzewam, że ciężko by się było wtedy przecisnąć przez tłumy turystów z dziećmi).

Na koniec wizyty spotkało mnie coś dziwnego. Trafiłam do dużego budynku, na którym widniał szyld ‚MEET SANTA HERE!’. Nieco zdezorientowana zaczęłam się przyglądać budynkowi – z pewnością nie był to ten sam, który odwiedziłam na samym początku. Gdy weszłam do środka, okazało się, że… w tym budynku również siedzi Mikołaj. Dziewczyny próbowały mnie przekonać, że gość się najzwyczajniej w świecie przemieścił, ale nie bardzo wierzę w taką wersję. W końcu chyba byśmy zauważyli faceta z nadwagą, przechodzącego z punktu A do punktu B! Czyżby było dwóch Mikołajów? Podejrzana sprawa…

Nasza pierwsza rocznica

Pamiętam tamten dzień jakby to było wczoraj. Spotykałam się z Dorszem już od jakiegoś czasu, ale jeszcze wtedy moim Dorszem nie był. Czekałam, aż wyjdzie z inicjatywą i zada to jedno pytanie… Poszliśmy do przytulnej kawiarni niedaleko Nowego Światu. Cały czas niecierpliwiłam się w duchu, kiedy wreszcie to zrobi… i czy w ogóle. W końcu, gdy wyczerpały się wszystkie możliwe na tamten czas tematy, wreszcie zapytał. „SPRÓBUJEMY?”, na co ja z przejęcia cała się zaczerwieniłam i próbowałam to ukryć, odwracając głowę 🙂

I spróbowaliśmy, a od tamtego dnia mija dziś równo rok. Pierwszy rok naszego bycia razem; pierwszy rok spośród wielu wspólnych lat, które na nas czekają. Najlepszy rok w moim życiu. Moje życie odmieniło się o 180 stopni. Przeszłam ogromną zmianę charakteru – dzięki Dorszowi stałam się lepszym człowiekiem. Rozkwitłam. Kocham i jestem kochana. Nigdy w życiu nie czułam się tak wspaniale jak teraz. Każdy dzień rozpoczynam ze wspaniałym uczuciem lekkości na sercu.

Nie mogę nie wspomnieć też o tym, że gdyby nie on, dorsza.wordpress nigdy by nie powstała! Dzięki naszemu związkowi wreszcie ponownie odnalazłam wenę i chęć do pisania, za co jestem ogromnie wdzięczna. Poza tym uwielbiam świadomość, że jest tylko jedna Dorsza w sieci, a wiadomo, że w tych czasach ciężko o oryginalną nazwę 🙂

Co mnie jednak smuci, to fakt, iż nie możemy tej naszej pierwszej związkowej rocznicy spędzić razem. Ja w Finlandii, Dorsz dziś w Polsce, a jutro już na Islandii – prawdziwa z nas para obieżyświatów! Na wszystko jednak przyjdzie pora, bo już za mniej niż 40 dni wreszcie będziemy mogli paść sobie w ramiona (w mojej głowie pojawia się obraz sceny na lotnisku: dwa Dorsze biegnące do siebie w slow motion 😀 ). Dzisiaj natomiast musimy się zadowolić kontaktem wirtualnym 🙂

 

 

Jak budować trwały związek? część 1

Zainspirowana ostatnią rozmową z Dorszem, wpadłam na pomysł stworzenia cyklu, w którym będziecie mogli przeczytać o budowaniu trwałej relacji z drugą osobą. Na podstawie moich obserwacji wiem, że parom coraz ciężej jest budować zdrowe związki o solidnych fundamentach. Skupiamy się na rzeczach powierzchownych, a zapominamy o tym, co tak naprawdę buduje naszą relację. Skutkuje to nieporozumieniami, pretensjami, a w najgorszych wypadkach również rozstaniami… Opowiem Wam o tym w jaki sposób temu zapobiec.

Gotowi? To zaczynamy!

1. POWIEDZ PARTNEROWI, CZEGO MOŻESZ SIĘ OD NIEGO NAUCZYĆ.

Brzmi banalnie? Nic bardziej mylnego! To świetne ćwiczenie nie tylko sprawi, że poczujecie się docenieni przez partnera, ale również zmusi was do przemyślenia, co tak naprawdę jest dla was w drugiej osobie ważne. Z własnego doświadczenia wiem, że w pierwszej chwili łatwo jest wymienić co najmniej jedną taką rzecz, ale gdy się usiądzie i zacznie nad tym bardziej zastanawiać, można odkryć wiele innych aspektów, z których nie zdawało się sobie wcześniej sprawy!

Dzięki temu ćwiczeniu dowiedziałam się między innymi, że jestem przez Dorsza podziwiana za motywację do zdrowego odżywiania 🙂 Kto by pomyślał – jeszcze 2 lata temu byłam tego zupełnym przeciwieństwem! Podstawą mojego jadłospisu były soki, czekoladki, fast foody i prawie całkowity brak warzyw. Obecnie na co dzień ciężko walczę o to, by unikać wszelkich żywieniowych pokus… Nie sądziłam jednak, że jest to rzecz godna podziwu, a szczególnie przez Dorsza! Usłyszenie tego sprawiło mi nie tylko ogromną radość, ale również dało ogromną motywację do dalszego działania. Każdy z nas potrzebuje czasem poczuć się doceniany przez innych, a już w szczególności przez najbliższą sercu osobę.

Gdy przyszła moja kolej na wyznanie, czego mogę się nauczyć od niego, od razu pomyślałam o otwieraniu moich oczu na wiele spraw. Dorsz, dzięki swojemu zainteresowaniu polityką i różnymi aferami w naszym kraju, jest na bieżąco z wieloma informacjami. Gdyby nie on, do dziś żyłabym w złudnym przekonaniu o polskiej władzy i jej mechanizmach oraz wielu spraw na świecie. Chociaż nie jestem wielką fanką polityki i na co dzień wcale mnie ona nie interesuje, cieszy mnie to, że mogę się od niego dowiedzieć wielu wartościowych rzeczy. Dodatkowo, pomimo iż nie zgadzam się ze wszystkimi jego poglądami, szanuję je i bardzo doceniam, że możemy czasem konfrontować odmienne zdania szanując się nawzajem.

 

Jak zapewne wiecie, dialog w związku jest bardzo ważny. Ważne jest jednak, by nie zapominać o przypominaniu drugiej osobie o jej wyjątkowych cechach, które sprawiają, że to właśnie z nią chcemy dzielić życie. Codziennie wyznawanie miłości jest ważne, ale nie należy zapominać o mówieniu, dlaczego właśnie naszego partnera dażymy tym uczuciem. Można to robić bezpośrednio  (np. poprzez mówienie „Kocham Cię, ponieważ…”), ale ja osobiście zdecydowanie wolę komunikaty pośrednie  (czyli np. w sposób, o którym właśnie piszę, tzn. poprzez powiedzenie partnerowi, co dobrego daje mi nasza relacja).

Pamiętajcie, że to idealny pomysł na wzmocnienie relacji nie tylko pośród par, ale również przyjaciół! Warto czasem przypomnieć sobie nawzajem, czemu tak naprawdę się z kimś przyjaźnimy, poświęcamy mu swój czas i energię.

A Wy czego możecie się nauczyć od swoich partnerów i przyjaciół? Nie zapomnijcie im tego w najbliższym czasie przekazać, pozytywna reakcja gwarantowana! 🙂


 

P.S. Przyznam się, że uwielbiam rozmawiać na takie tematy (czy jest jakaś kobieta, która tego nie lubi?!), więc dodawanie kolejnych postów z tej serii będzie dla mnie ogromną przyjemnością. Dodatkowo, dołączyłam do 30-dniowego wyzwania: bądź pozytywny, w którym dzisiejszym zadaniem jest zrobienie czegoś, co rozwinie mój talent lub pasję. Idealny pretekst do powrócenia do regularnego pisania na blogu 🙂

Jak pokonywać własne słabości?

‚Małymi krokami do celu.’

‚Aby coś osiągnąć, powinieneś wyjść z własnej strefy komfortu.’

Ile razy mieliście okazję coś takiego usłyszeć bądź przeczytać? Czy pomyśleliście sobie wtedy: ‚Rany, to takie proste! Wreszcie uda mi się schudnąć/zrobię prawo jazdy/pokonam nieśmiałość! Zacznę od następnego tygodnia/po sesji/jak załatwię wszystkie sprawy’, po czym wasz zapał zniknął wraz z nastaniem następnego dnia? Jeśli tak, to nie jesteście w tym osamotnieni. Większość ludzi na świecie boryka się z takimi problemami każdego dnia. Jak jednak sprawić, by wreszcie nam się ‚zachciało’? Czy istnieje złoty środek, który pomoże nam w samodoskonaleniu się i raz na zawsze usunie problemy z motywacją?

MOJE POCZĄTKI

Do końca 2 klasy liceum nie stawiałam sobie żadnych większych wyzwań. Można powiedzieć, że żyłam sobie w swoim ‚bezpiecznym kokonie’. Doszło to do tego stopnia, że gdy zajęłam II miejsce w prestiżowym konkursie filmowym dla młodych twórców, nikt z mojej szkoły się o tym nie dowiedział. Ludzie często nie kojarzyli mojego imienia (nawet pani z biblioteki, do której przychodziłam co drugi dzień potrafiła mnie mylić z moją koleżanką). Unikałam wystąpień publicznych, większość moich dni wyglądała bardzo podobnie. Owszem, rozwijałam swoje pasje: w wolnym czasie wiele fotografowałam, pisałam bloga (tak, pisałam kiedyś, ale nie jako Dorsza 🙂 ), kręciłam filmy – jednak nie miałam odwagi się tym chwalić. Nie wykorzystałam potencjału, który wtedy rozwinęłam. Być może gdybym miała więcej odwagi i przebojowości, już dziś byłabym w czołówce najlepszych polskich blogerów.

PRZEŁOM

Nastąpił w wakacje poprzedzające klasę maturalną. Moi rodzice stwierdzili, że powinnam podszlifować angielski i z tego powodu postanowili wysłać mnie do Edynburga na 3 tygodniowy kurs języka angielskiego. Ponieważ nigdy wcześniej nie miałam okazji wyjechać sama gdziekolwiek (a tym bardziej za granicę), a ze swoim angielskim nie czułam się pewnie (miałam potworną barierę językową), moją pierwszą reakcją na ich pomysł była stanowcza odmowa. Rodzice jednak zrobili wtedy najlepszą rzecz, jaką mogli – zmusili mnie do wyjazdu obiecując, że jeśli zgodzę się na pobyt w Szkocji, oni zgodzą się na tygodniowy wyjazd z moim ówczesnym chłopakiem. Ponieważ nie wyobrażałam sobie wakacji bez tego wyjazdu, zrezygnowana zgodziłam się na postawione mi warunki. Byłam jednak bardzo zaskoczona, gdy tamten chłopak bardziej rozpaczał z powodu czekającej nas rozłąki niż ja… I to był dla mnie początek zmian. Wyjechałam. Kompletnie sama, zdana na siebie. Zamieszkałam u pięćdziesięciokilkuletniej Szkotki. Pierwsze co zrobiłam po przyjeździe do deszczowego Edynburga, było zamknięcie się w pokoju i płacz. Czułam się przerażona, bezradna; czułam, że nie dam rady.

Co zrobiłam następnego dnia? Gdy wstałam, świeciło piękne słońce. Nie było ani śladu po okropnej pogodzie dnia poprzedniego. Zacisnęłam zęby, ubrałam się, pojechałam do nowej szkoły… I zaczęłam mówić. Podczas tych 3 tygodni poznałam masę ludzi z całego świata. Czułam, jak się zmieniam; chłonęłam wszelkie nowości jak gąbka, z dnia na dzień chciałam poznawać jeszcze więcej i więcej. To zderzenie wielu kultur na raz, bariera językowa, moja wymuszona samodzielność sprawiły, że wróciłam kompletnie odmieniona! Już nie chciałam być zamknięta na świat. Zapragnęłam go chłonąć całą sobą, zamarzyły mi się podróże. Poczułam zew przygody, który od tamtej pory mnie nie opuszcza!

A co się stało z tamtym chłopakiem? Niestety nie był w stanie zrozumieć zmian, które we mnie zaszły w tym czasie. Po moim powrocie zrozumiałam, że już do siebie nie pasujemy – jego wizja na życie kompletnie różniła się od mojej. Z tego powodu po 2 latach związku podjęłam decyzję o rozstaniu i muszę powiedzieć, że nie mogłam zrobić lepiej!D tamtego momentu minęło 5 lat. Dziś każde z nas idzie przez życie z osobami, które dzielą nasze pasje i pomysły na przyszłość – wszystko jest na swoim miejscu.

JAK JA TO ROBIĘ?

„No dobra. To było kilka lat temu, byłaś wtedy młoda, nieopierzona i w ogóle. Może dla odmiany podasz jakieś bardziej aktualne przykłady?” – pomyśli czytelnik. Jasne, właśnie do tego zmierzałam! Oto kilka przykładów stawianych przeze mnie wyzwań na przestrzeni ostatnich lat:

  • po wymuszonej wyprawie do Szkocji, następne samotne wycieczki były już całkowicie moją inicjatywą. W odstępie 2 lat poleciałam dwukrotnie na Islandię nie znając tam nikogo i zaangażowałam się w wolontariat. Co więcej, przed moim pierwszym wyjazdem moja wiedza o tym kraju była znikoma… Obydwa wyjazdy były dla mnie niesamowitą szkoła życia, empatii, języka i samodzielności. Islandia zagościła w moim sercu na stałe i wiążę z nią swoje plany na przyszłość – wystarczyła jedna spontaniczna decyzja o zostaniu wolontariuszką, by zmienić tak wiele. Dzięki Islandii poznałam Dorsza, ale o tym innym razem 😉
  • wyjazd na Erasmusa do Finlandii, na którym właśnie przebywam. Zaczynając studia postanowiłam, że muszę to przeżyć. Złożyłam swoją aplikację i pomimo iż nie do końca byłam przekonana, że mi się uda – dostałam się! Moim pierwszym wyborem była Norwegia, jednak ktoś inny zajął moje miejsce. Nie uważam tego jednak za wielką porażkę. Z moją dzisiejszą wiedzą wiem, że za stypendium, które mi przysługuje, nie byłabym w stanie utrzymać się w tak drogim kraju (Finlandia jest na szczęście odrobinę tańsza;) )
  • samotna wycieczka do Helsinek, w którą wybiorę się już za trzy tygodnie! Postanowiłam przełamać swoje społeczne obawy i napisałam na portalu couchsurfing do Finki mieszkającej w samym centrum miasta. Nie tylko zgodziła się mnie przyjąć na jedną noc, ale również dowiedziałam się, że jej chłopakiem jest Islandczyk! Dla mnie, islandofila z krwi i kości, to wspaniała wiadomość. Nie ukrywam, że trochę się obawiam o to jak poradzę sobie sama przez 2 dni w mieście, którego wcale nie znam, ale właśnie o to chodzi w przygodzie!
  • … a oprócz tego, mnóstwo mniejszych, takich jak: uczęszczanie na siłownię przynajmniej 5 razy w tygodniu (jeszcze rok temu nienawidziłam jakiejkolwiek aktywności fizycznej, teraz nie wyobrażam sobie bez niej życia! I nie ma wymówek; dodatkowo zawsze melduję Dorszowi odbyty trening), próbowanie nowych potraw i jedzenie wszystkich rodzajów warzyw (przez 21 lat swojego życia jedynym warzywem, jakie lubiłam, były ziemniaki), częstsze uśmiechanie się do ludzi na ulicy i zagadywanie (wciąż bardzo trudne, ale pomaga w codziennym funkcjonowaniu) i inne!

ZBIÓR 5 ZASAD, KTÓRE POMOGĄ CI W SAMODOSKONALENIU SIĘ KROK PO KROKU

  1. Częściej wyznaczaj małe cele. Dużo łatwiej jest osiągnąć cel ‚Nie będę jeść słodyczy przez następny tydzień.’ zamiast ‚Nie będę jeść słodyczy w 2015 roku.’ Zasada ta nie tyczy się tylko odchudzania, ale wszelkich innych życiowych aspektów.
  2. Zwierz się komuś ze swoich planów. Może to być jedna lub więcej osób – najważniejsze, aby był to ktoś na kogo wiesz, że możesz liczyć i kto nie będzie się wahał wygarnąć ci prawdy w twarz, nie ważne jak brutalna by ona była. Dla mnie taką osobą jest Dorsz. Czasem, gdy nawiedza mnie lenistwo, najlepszym motywatorem stosowanym przez niego jest wchodzenie na ambicję: ‚miałaś dzisiaj iść na trening, ja idę biegać’, ‚brzydko, Dorszo’ itd.
  3. Nie okłamuj samego siebie. Często zdarza się, że w momencie osłabienia znajduję nagle masę wymówek, dlaczego powinnam zrezygnować z postanowionego sobie celu na dany dzień. Pamiętaj: liczy się tu i teraz. Działaj! Jeśli się chce, zawsze się znajdzie jakąś przeciwność: a to złą pogodę, zły nastrój, czy bolący palec u stopy.  Takie wymówki tylko opóźniają realizację naszych celów, a przecież nie chcemy przedłużać ich w nieskończoność? 🙂
  4. Nie okłamuj innych. Nie chciało ci się pójść na siłownię danego dnia, ale wstyd ci się przyznać przed drugą osobą? I słusznie, bo powinno! Lepiej wyznać komuś prawdę i otrzymać motywującego kopa, niż dostać pochwałę za coś, co tak naprawdę nigdy nie miało miejsca. Takie kłamstewka niczego dobrego nam nie przyniosą!
  5. Wychyl nos ze swojej strefy komfortu. Oklepane, bo wszyscy teraz tak mówią? Nie tyle oklepane, co prawdziwe i co więcej – sprawdzone! Jeśli nie będziemy ryzykować, w naszym życiu prawdopodobnie nigdy nie wydarzy się nic przełomowego. Dzięki podejmowaniu nowych wyzwań mamy okazję do poznania siebie od zupełnie innej strony, dzięki czemu możemy odkrywać swoje uzdolnienia, mocne strony charakteru oraz pokonywać ustanowione przez siebie wcześniej bariery. Uwierzcie mi, nie ma nic piękniejszego, niż uczucie przełamania własnych słabości.

A WY? JAK TO ROBICIE?

10405646_959636947381899_7867445320017179069_n

Dorsza wraz z koleżankami wychodzące ze swoich stref komfortu – był to nas pierwszy spacer po zamarzniętym jeziorze! 🙂